niedziela, 7 maja 2017

Potestatem. ~ Just believe it. - Rozdział 1


    Znowu dostałam piłką w głowę. Właściwie najpierw zupełnie tego nie odczułam, zorientowałam się dopiero, kiedy usłyszałam chichot za moimi plecami.
   – Mańczak! – ryknął szorstki, niski głos. – Nie stój tak, jakbyś była na wystawie, tylko się ruszaj i odbijaj tą piłkę!
   Właścicielem tego głosu był mój trener. Nie należał do uległych, miłych czy spokojnych ludzi. Pragnął, by wszyscy mieli wpojoną dyscyplinę oraz szacunek. Zlustrowałam go kątem oka; przyglądał się przebiegowi gry spod swoich krzaczastych brwi, co chwilę dmuchając w czerwony, niczym jego nos, gwizdek.
   – Weź się naucz grać! – odezwał się szyderczy, damski głos niedaleko mnie. – Nie gramy w zbijaka, tylko w siatkówkę. S –I –A –T –K – Ó –W –K – Ę , czaisz? – przeliterowała jakbym była idiotką.
   Odwróciłam się, już wiedząc do kogo należy ten głos. Za mną stały Monika Kowalczyk i rzesza jej oddanych fanek. Przepraszam, „przyjaciółek”. „Przyjaciółek”, łażących za nią jak za idolką, czczących każdy jej ruch oraz śmiejących się z jej niezwykle nieśmiesznych żartów. Niesamowite, wystarczy mieć bogatych rodziców i już wszyscy cię czczą.  
   Monika była dość niska, jak na swój wiek, byłam od niej o głowę wyższa. Podczas wychowania fizycznego swoje długie do pasa, blond włosy, związywała w kitkę na czubku głowy. Wyglądała przez to trochę jak Teletubiś. Zawsze uśmiechała się ironicznie, wywyższając się nad innymi. W jej nieco zbyt blisko osadzonych, ciemnych oczach czaił się złowrogi błysk. Zawsze podejrzewałam, że jest piromanką. 
   Z lekką rezygnacją postanowiłam się bardziej przyłożyć do siatkówki. Nienawidziłam jakiegokolwiek sportu, ale moja średnia błagała o litość. No cóż.
   Cierpiałam, to znaczy grałam w siatkówkę jeszcze jakieś dziesięć minut, po czym trener oznajmił, niczym klawisz wypuszczający więźnia na wolność:
   – Dobra, starczy. Do szatni.
   Dzikie tłumy, nie czekając, aż dopowie coś więcej, udały się w kierunku przebieralni. Chciałam się przecisnąć pomiędzy grubym chłopakiem, ale ten mnie popchnął i warknął:
   – Nie widzisz, że idę, Mańczak? 
   Pewnie, że widzę. Ciebie się nie da nie zauważyć, pomyślałam, ale nie chciałam zaliczyć znowu gleby, więc bez słowa przecisnęłam się w prawo.
Kiedy po kilku minutach cierpień dostałam się do przebieralni, Monika oraz jej wierne fanki już tam były. Świetnie.
   Moja spocona, czerwona bluzka z napisem „Oh well, fuck you too”, która niezbyt przypadła do gustu trenerowi, lepiła mi się do ciała. Zdjęłam ją, wypsikałam się dezodorantem i narzuciłam na siebie moją standardową, spraną bluzę. Chciałam założyć spodnie, ale nigdzie nie mogłam ich znaleźć. Zaglądałam pod szafki, a nawet na ich górę. Westchnęłam, zdenerwowana tym, że będę musiała odezwać się do tych pustaków.
  – Ej, widział ktoś moje spodnie? Takie czarne… – mruknęłam, spoglądając na malujące się dziewczyny. 
  – Tego szukasz, koleżanko? – spytała moja ulubiona „koleżanka” Monika, trzymając moje jeansy, tak jakby były skażone. 
   – Ta – warknęłam, chcąc je jej wyrwać, ale była szybsza i rzuciła je do jednej z fanek. Chyba Asi. 
   – No naprawdę, co jak co, ale to jest bardzo dojrzałe. Rodzice byliby z ciebie dumni – oznajmiłam Monice, klaszcząc.
   – Ja ich przynajmniej mam, w przeciwieństwie do ciebie! – krzyknęła na mnie, wyrywając moje biedne spodnie dziewczynie i zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, podeszła do niewielkiej umywalki znajdującej się w rogu pomieszczenia i odkręciła kran. Przerażona sytuacją, podbiegłam do niej, niestety miałam rozwiązane sznurowadła, potknęłam się i padłam jak długa na podłogę. Oczywiście wywołało to salwę śmiechu. Zabawne, nie ma co. 
   Nie zważając na mój niefortunny upadek, podeszłam do Moniki i złapałam za moje spodnie. Oczywiście były całe przemoczone. 
   – Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, tak jakoś mi wpadły do umywalki… Chodźcie, dziewczyny.
   Wszystkie były już ubrane, więc wyszły wraz z Moniką, cicho się śmiejąc.
   – Super – mruknęłam do siebie. Schowałam moje mokre spodnie do worka, a sama założyłam spodenki do wuefu. Oj czuję, że będzie mi cieplutko, pomyślałam, zakładając krótkie, granatowe szorty. A żeby tak ktoś ją udusił, tą małą, głupią…
   W tej samej chwili zadzwonił dzwonek i przerwał tym samym moje przeklinanie Moniki. Z głową pełną pesymizmu wyszłam z szatni zarzucając plecak na jedno ramię i worek na drugie.
   Udałam się do sali informatycznej, wyprzedzana przez spieszących się na lekcje uczniów. Nacisnęłam na klamkę i na chwilę się zatrzymałam. Znowu spóźnię się na lekcje… No cóż, trudno się mówi, pomyślałam i pewnym ruchem otworzyłam drzwi. 
Moim oczom ukazał się widok dwunastu stanowisk komputerowych ustawionych przy szarych ścianach i jednego na środku. Pomieszczenie miało ciemnoszare barwy z domieszką drewna.
   Przy środkowym komputerze siedziała pani Kowalska, bardziej pasująca do siedzenia w bujanym fotelu i robienia na drutach, niż do nauczania informatyki. Serio. Miała wygląd typowej babci z filmów; dość ciemne włosy, obsypane siwymi pasemkami, upięte w wysoki kok, liczne zmarszczki na owalnej twarzy, tradycyjna, góralska chusta, spięta broszka w kształcie róży, oraz dziwaczne, kolorowe sukienki.
   – Przepraszam za spóźnienie – mruknęłam standardowo i zajęłam miejsce przy najbardziej oddalonym od reszty klasy stanowisku. Wszędzie siedziały po dwie, trzy osoby, tylko ja byłam sama, co mi specjalnie nie przeszkadzało.
   – Vanesso! – Nauczycielka załamała ręce. Tylko czekałam na to, aż zrobi mi wywód o tym, że nie powinnam się spóźniać, ale się zdziwiłam. – Możesz mi powiedzieć czemu masz na sobie krótkie spodenki, kiedy za oknem jest taka pogoda?
   Mogłam odpowiedzieć zgodnie z prawdą, ale nie chciałam sobie strzępić języka. I tak mi nikt nigdy nie wierzy, a Monika ma zawsze jakieś swoje alibi. Bywa.
   – Po prostu… Wydawało mi się, że jest cieplej – mruknęłam, czując na sobie triumfalne spojrzenie Moniki.
   Kobieta cmoknęła z dezaprobatą. 
   – Powinnaś się cieplej ubierać – oznajmiła. Musiałam przyznać, to była niezwykle przydatna rada.
    Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc tylko kiwnęłam głową. Reszta klasy zaczęła już rozmawiać, na co pani Kowalewska chrząknęła znacząco i oznajmiła:
   – No, kochani dzisiaj muszę wypisać oceny, więc macie wolne.
   Usłyszałam podniecone szepty uczniów. Tak, super.
   Odpaliłam komputer, który po naciśnięciu przycisku, zawarczał głośno. Po chwili na ekranie ujrzałam dość dziwną tapetę przedstawiającą hybrydę Michael’a Jackson’a z pingwinem. A i tak powiedzą, że photoshop.
   Nie mając widząc innego rozwiązania włączyłam przeglądarkę i weszłam na YouTuba. Chciałam odpalić jakiś filmik, ale wyskoczyła mi reklama, promująca pewną stronę z artykułami. Chciałam ją po prostu wyłączyć, ale przez przypadek w nią kliknęłam. Nieco zdenerwowana chciałam ją zminimalizować, ale moją uwagę przykuł tytuł jednego z artykułów. „Światowy sukces Polki, Anity Mańczak”. Serce załomotało mi w piersi tak mocno, że aż zabolało. Nie, to musi być przypadek, na pewno… Kliknęłam w artykuł i przeczytałam go z zdezorientowaniem.
   „Anita Mańczak jest jednym z licznych polskich imigrantów w Anglii. Żyła bardzo przeciętnie, ale „od zawsze marzyła o czymś więcej”, jak to sama określa. Wygrała pieniądze na jednej z loterii i postanowiła stworzyć salon piękności w Londynie. Początki nie były dobre, najpierw miała stosunkowo mało klientów, ale coś sprawiło, że do jej salonu przychodziło coraz więcej kobiet. Wszystkie były niezwykle zaskoczone wysokim standardem obsługi i przyjemną atmosferą. Pewnego dnia, zaszokowana Anita gościła w swoim zakładzie samą Beyonce! Inne gwiazdy światowej popularności również chciały sprawdzić standardy tego prowadzonego przez Polkę salonu. Pojawiły się tam m.in. Rihanna, Angelina Jolie czy Michelle Obama. Naszej redakcji udało się przeprowadzić wywiad z Anitą.
   Redakcja Vivat!: Czy początki pani firmy były bardzo trudne? Myślała pani przez chwilę, żeby zamknąć salon? 
   Anita Mańczak: Oj początki zdecydowanie były trudne, jak to zazwyczaj początki. Przychodziło bardzo mało klientów i mimo tego, że byli zadowoleni z usług, ja czułam niedosyt. Ale nigdy nie myślałam nad tym, żeby zamknąć mój interes. To było i zresztą nadal jest całe moje życie.
   RV!: Jak to się stało, że nagle przybyło do pani tyle klientów?
   AM: Sama do końca nie wiem. To chyba przez to, że zainwestowałam w reklamę w telewizji i wciągu jednego, może dwóch dni przybyło mi ogrom klientów.
   RV!: Nasi czytelnicy chyba najbardziej wyczekują na to pytanie: Jak to jest obsługiwać gwiazdy takiego formatu?
   AM: Być może rozczaruję moja odpowiedzią, ale to prawda. Na początku oczywiście, jest lekki stres, ale potem całkowicie znika. Wszystkie te sławne kobiety były niezwykle miłe i skromne. Nie gwiazdorzyły, były po prostu sobą i to było chyba najpiękniejsze. To, że nawet takie osobistości są też ludźmi.
   RV!: Jak udaje się pani pogodzić pracę z rodziną? Wiemy, że salon pochłania dużo pani czasu…
   AM: Trudno mi o tym mówić, ale… Miałam męża, który zostawił mnie, kiedy zaszłam w ciążę. Moja córka… mieszka ze swoją babcią, odwiedzam ją tak często, jak tylko mogę.
   RV: Myśli pani, że mąż żałuje tego, że od pani odszedł, szczególnie teraz, kiedy odnosi pani sukces?
   AM: Szczerze mówiąc, mój mąż już dla mnie nic nie znaczy. Nie powinien się nawet nazywać moim mężem. Cieszę się po prostu chwilą i patrzę przed siebie.
   RV!: Dziękujemy, pani Anito oraz życzymy jeszcze więcej wspaniałych klientów!
   AM: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników!
   Nie mogłam czytać dalej. Byłam zszokowana, zdezorientowana i smutna równocześnie, o ile tak się da. Wujek od dawna wpajał mi, że matka nie żyje, umarła na raka, kiedy ja byłam niemowlęciem. A teraz jakaś Anita Mańczak, czyli kobieta z imieniem i nazwiskiem mojej mamy, odpowiadała na pytania do wywiadu. Nie byłam pewna czy to moja matka. Podobna ta kobieta ma córkę, którą odwiedza, więc… Ale mimo wszystko, wydawało mi się to co najmniej dziwne, więc jeszcze dziś chciałam o to spytać wujka.
~
Okej, myślę, że w końcu, po naprawdę wielu zmianach, udało mi się coś z tego wyciągnąć. Jest to nowe opowiadanie, także mam nadzieję, że przypadło Ci do gustu... Proszę, daj znać w komentarzu, co Ci się podoba, a co mogłabym zmienić, jestem otwarta na wszelkie sugestie. I z góry przepraszam, że rozdział jest taki krótki, tak jakoś wyszło w sumie. Ach i jeszcze jedno... Po tym rozdziale tego nie widać, aczkolwiek opowiadanie ma w sobie elementy fantasy, dlatego jeżeli chcesz wiedzieć, jakie, to zapraszam do czytania dalszych części :)

czwartek, 6 kwietnia 2017

Young Detecitve, część 4

Jak zwykle, niemiernie się ucieszę z opinii ~
~
Dlatego teraz, kiedy jechałem zatłoczonym autobusem zżerały mnie nerwy, które można przyrównać było do czekania na powrót matki z wywiadówki. Do pojazdu weszło parę nacjonalistycznych dresów, którzy najwyraźniej jak to prawdziwi „dżentelmeni” uraczyli się wybitnym alkoholem i zaczęli śpiewać hymn. Co za brak mózgu.
  Jechałem jeszcze dwie minuty i wysiadłem wraz z grupą patriotów. Chyba szli na jakiś mecz. Wiedziałem,  że o tej porze w Niebieskiej Lagunie nie będzie zbyt dużo ludzi, więc los mi się uśmiechnął. Albo wręcz przeciwnie, posmutniał.
  Kiedy wszedłem do lokalu, poczułem w powietrzu delikatny dym papierosa od pobliskiej kelnerki, która najwyraźniej miała przerwę. Barman dokładnie pucował szklanki, nucąc przy tym Morskie Opowieści. W pubie nie było nikogo oprócz tej dwójki pracowników.
  – Dzień dobry! – Barman uśmiechnął się, ukazując przednie zęby, wśród których brakowało dwójki.
 Chciałbym żeby był dobry, pomyślałem. Nie odpowiedziałem na powitanie mężczyzny i rozejrzałem się po lokalu.
  – Szuka pan kogoś? – Barmanowi zszedł uśmiech z twarzy. – Szefa nie ma. Nie jest pan z sanepidu, prawda?
 Zaśmiałem się, choć w duchu w ogóle nie było mi do śmiechu.
  – Nie, nie jestem. Szukam dziewczyny. – Nadal rozglądałem się po lokalu.
  – Panie, a kto nie szuka? – zaśmiał się dobrodusznie barman, który najwyraźniej odczuł ulgę, że nie byłem z sanepidu. – Mężczyźni tu przychodzą nie raz właśnie po to, ale przyszedł pan za wcześnie. Niech pan wróci za godzinę, to będzie to na pewno dużo kandydatek. A patrząc na pana, to i tak nie może się pan pewnie odpędzić od kobiet. – Puścił do mnie oko i zabrał się za czyszczenie miksera.
  Gdybym był w lepszym humorze, to rozmowa z barmanem wydawałaby mi się o wiele zabawniejsza, ale teraz mruknąłem niezbyt pocieszonym tonem:
  – Źle mnie pan zrozumiał. Szukam mojej dziewczyny. Miała tu być.
  Barman chwilę zapatrzył się na ciemnozieloną ścierkę, którą pucował mikser. Po jakiejś minucie chyba sobie o mnie przypomniał i spytał:
  – Chodzi panu o tą? – wskazał dość niekulturalnie palcem postać siedzącą na końcu lokalu, której wcześniej nie zauważyłem.
  Nawet mu nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że to ona. Siedziała z twarzą w rękach, lekko poruszając ramionami. Ubrana była w dżinsową kurtkę i czarne spodnie. Podbiegłem do niej i odruchowo objąłem ją ramieniem.
  – Zosia? Co jest? – spytałem, marząc o tym, że zaraz na mnie spojrzy, uśmiechnie się i oznajmi, że to wszystko było kawałem na pierwszego kwietnia.
  Pod moimi ramionami wyczułem, że płacze. Moje serce boleśnie ścisnęło się w bólu, ale starałem się tego nie okazywać. Dziewczyna mi nie odpowiadała, albo mnie nie usłyszała, albo zignorowała.
  – Zosia? – spytałem nieswoim głosem.
  Dziewczyna uniosła twarz, mokrą od łez. Była strasznie blada, a na jej twarzy malowało się przerażenie wymieszane ze smutkiem. Chwilę patrzyła przed siebie, po czym skierowała wzrok na mnie i delikatnie się uśmiechnęła, ujawniając swoje dołeczki.
  – Jest zupełnie tak, jak na naszym pierwszym spotkaniu… – Zosia pogłaskała mnie po ręce.
  Ona rzeczywiście chce zerwać. Cholera… Czy to przez to, że tak długo nie odbierałem? Wymyśli, że ją zdradzałem? Nie, to nie w jej stylu.
  – Ja… – zaczęła, a pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.
  – Powiedz po prostu, że chcesz ze mną zerwać – oznajmiłem tonem o wiele ostrzejszym, niż zamierzałem.
  Zosia spojrzała na mnie ze szczerym zdziwieniem.
  – Co? Czemu miałabym z tobą zerwać? – Dziewczyna ujęła moją dłoń z swoje ręce.
  No to zbiła mnie z pantałyku. Oczywiście, że nie chciała ze mną zerwać! Może i odgaduję zabójcę w pierwszych minutach filmu, ale spraw miłosnych kompletnie nie pojmuję.
  Uśmiechnąłem się do dziewczyny krzepiąco i pogładziłem ją po policzku.
  – Po prostu… źle mi się wydało. Więc, dlaczego płaczesz? – spytałem.
  Byłem zdziwiony, z jaką szybkością człowiek może zmienić mimikę twarzy. W ułamku sekundy posmutniała i wyglądała, jakby się miała znowu rozpłakać.
  – Pamiętasz moją ciotkę, prawda? – spytała, odwracając wzrok.
  – Jasne – stwierdziłem. Nie trzeba było być detektywem, czy Sherlockiem, żeby domyślić się, że coś stało się właśnie jej ciotce. – Co z nią? – spytałem, kiedy przez dłuższy czas nie odpowiadała.
  – Nie żyje… – wydusiła, a po dokończeniu z jej oczu polały się kolejne strumienie łez.
  Zareagowałem natychmiastowo i mocniej ją przytuliłem, żeby poczuła, że może się wypłakać.
  Jej ciotka była dla niej jak matka. A nawet więcej, dlatego nie zdziwiła mnie jej rozpacz. Chciałem ją pocieszyć, tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Nie miałem żadnych słów, dodawałem jej otuchy, głaszcząc ją po głowie. Po chwili wyszeptała w mój tors:
  – To się stało wczoraj… Podobno potknęła się o chodnik, przewróciła i doznała śmiertelnych obrażeń czaszki. To był rzekomo wypadek. Ale ja w to nie wierzę.
  Spojrzałem w jej ciemne oczy, które były przepełnione szczerością i zawziętością.
  – To było morderstwo. – Zosia oznajmiła to z taką pewnością, jakby było to oczywiste.
  Dziewczyna chciała coś dodać, ale ja na coś wpadłem. A co, jeśli…?
  – Kiedy dokładnie zmarła twoja ciotka? – spytałem.
  – Wczoraj, gliniarze powiedzieli mi, że to było koło dwudziestej drugiej – stwierdziła, wycierając nos. – A co?
  Cholera, cholera, cholera. Rodzice chcieli, żebym zajął się zabójstwem właśnie tej kobiety! Westchnąłem głęboko, zwracając tym uwagę Zosi.
  – Twoja ciocia… Jest, to znaczy była… jakąś bardzo dobrą znajomą moich rodziców. – Zapatrzyłem się na barmana, który od dłuższego czasu się nam przyglądał. – Wczoraj moi rodzice chcieli, żebym zajął się  jej rzekomym wypadkiem, ale oni tak samo jak ty nie wierzyli, że to był przypadek. Również podejrzewają zabójstwo.
  Zosia spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. Było w nim coś z rozpaczy, ale również z pragnienia. Ewidentnie chciała zrobić wszystko, żeby znaleźć mordercę.
  – Proszę! Michał, tylko ty możesz to zrobić! Nie chcę, żeby ludzie pomyśleli, że umarła od upadku.
  Naprawdę nie chciałem tego robić, zajmować się zgonami. Ale kiedy zobaczyłem, jak dziewczyna patrzy na mnie ze łzami w oczach, nie wytrzymałem. Złapałem ją za rękę, popatrzyłem głęboko w oczy i oznajmiłem:
  – Nie martw się. Dopilnuję, żeby złapali zwyrodnialca, który to zrobił.
***
  – Szefie, ja wszystko rozumiem – mruknął jeden z niższych szczeblem  gliniarzy. – Ale pański syn nawet nie ma szkolenia! Nie możemy…
  – Sprzeciwiasz się rozkazom? – warknął mój ojciec na policjanta.
  Gliniarz zlustrował mnie od stóp do głów, niechętnym wzrokiem.
  – I mówi szef, że on jest dobry? – spytał, nadal niepewny.
  – Wątpisz w to, co mówię? – zapytał trochę czerwony ze złości ojciec.
  Ale zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, do pomieszczenia wbiegł kolejny gliniarz, o nieco gburowatym wyglądzie.
  – Szefie, szefie! Mamy podejrzanego w sprawie z Szymańską! – oznajmił, najwyraźniej niezwykle z siebie zadowolony.
  Ojciec zacisnął szczęki i oparł głowę na dłoni.
  – Chodzi o jej męża, prawda? – spytał cicho.
  – Owszem, szefie!
  Ojciec westchnął głęboko i oznajmił:
  – Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Po prostu zaufajcie mojemu synowi. – I wyszedł. Po prostu wyszedł. Trzasnął drzwiami.

  Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już dawno byłbym martwy. Gliniarze spoglądali na mnie jak na szkodnika, zapewne zastanawiając się, jak się mnie pozbyć.

środa, 8 marca 2017

Young Detecitve, część 3

Anyeong~ Jak zwykle wszystkie reakcje i komentarze są bardzo mile widziane. Enjoy!

  Tymczasem dziewczyna spojrzała na mnie nienawistnym wzrokiem. Jakby spojrzenie mogło zabijać, już dawno byłbym martwy.
  – Spadaj, nie prześpię się z tobą – oznajmiła tonem przesączonym jadem. Auć.
  – Aaa, już rozumiem, nie lubisz chłopaków, tak? – spytałem nieco zawiedzionym tonem. – No dobra, to się zmywam.
  – Nie tyle, co ich nie lubię, tylko im nie ufam – wymamrotała.
  Z jakiegoś powodu zrobiło mi się jej żal. Z jakiegoś walonego powodu chciałem jej wysłuchać. I z jakiegoś powodu postanowiłem porzucić moją dość sztuczną postawę.
  – Dlaczego? – spytałem, chcąc spojrzeć jej w oczy, ale znów zasłoniła je długimi, kruczymi włosami.
  – Nie twoja sprawa – warknęła nieprzyjaźnie.
  – Będę tu siedział i cię nękał, dopóki mi nie powiesz – zaśmiałem się, chociaż moje przesłanie było w pełni prawdziwe.
  – W takim razie ja idę – prychnęła, odrzucając włosy do tyłu. Dopiero teraz zauważyłem, że ma zaczerwienione oczy i lekko mokrą twarz.
  – Co robi niepełnoletnia dziewczyna w miejscu takim jak to? – spytałem, powstrzymując ją przed odejściem.
  Nieznajoma spojrzała na mnie błyszczącym od łez oczyma.
  – Mówił ci ktoś, że jesteś upierdliwy? – spytała, przecierając twarz wierzchem dłoni.
 – Ze sto razy – mruknąłem, delikatnie się uśmiechając. – Teraz, jak prawdziwy dżentelmen powinienem wyciągnąć jedwabną chusteczkę i dać ci ją, żebyś mogła wysuszyć oczy, ale jako że mamy dwudziesty pierwszy wiek to nikt już czegoś takiego przy sobie nie nosi. Ale masz – podałem jej serwetkę o dość wątpliwej czystości.
 Dziewczyna przyglądała się chwilę mojemu podarunkowi, a po chwili uśmiechnęła się a w jej policzkach pojawiły się śliczne dołeczki.
  – Dzięki… – mruknęła.
 Sam siebie skarciłem za to, że przyglądam się (nieco zbyt dociekliwie) jak ociera oczy. Odchrząknąłem znacząco i spytałem:
  – To jak będzie? Powiesz mi, co się stało?
  Dziewczyna skierowała na mnie swój smutny wzrok.
  – Nie rób scen. Wiem, że i tak jedyne, czego chcesz, to skończyć ze mną w łóżku – oznajmiła.
  Prawie mnie miała. Zazwyczaj to właśnie po to tu przychodziłem, ale „kończyłem w łóżku” z pełnoletnimi kobietami. Z jednej strony ta dziewczyna w ogóle mnie nie pociągała w tym swoim swetrze i spranych dżinsach, a z drugiej… nie wiem co mnie opętało, ale ujrzałem w niej kogoś więcej, niż kochankę.
  – Myślisz, że jeśli chciałbym pójść z kimś do łóżka, to wybrałbym ciebie? Oczywiście, że nie, za dużo zachodu. Wszystkie kobiety, oprócz ciebie najwyraźniej, dopłaciłby, żeby się ze mną kochać. Więc bądź tak łaskawa i po prostu powiedz mi, co się stało.
  Dziewczyna zmarszczyła czoło i westchnęła głęboko. Wgapiła się znów w swojego drinka, wypiła jego resztki jednym chaustem i oznajmiła:
  – Dobra, ale nie tutaj.
 Chwilę później wyszliśmy z zatłoczonego klubu i udaliśmy się do pobliskiego parku. Był niezwykle zadbany i wyglądał jak sztuczny. Rozsiadłem się na ławce pod latarnią i poklepałem miejsce obok mnie.
  – Siadaj – oznajmiłem, spoglądając na dziewczynę.
  Nadal była nieufna i niechętnie usiadła obok mnie, tak delikatnie, jakby ławka była rozgrzana do czerwoności.
  – Nie bój się, nie gryzę – zaśmiałem się. Dziewczyna chyba nie była co do tego przekonana, bo spoglądała na mnie, tak jakbym miał się na nią zaraz rzucić.
  – Więc, co chcesz wiedzieć? – spytała, znów pochylając głowę tak, że zasłoniła całą twarz włosami.
  Wpatrzyłem się w równo ostrzyżony krzak, naprzeciwko ławki. Właśnie, czego ja się właściwie chcę dowiedzieć? Może zacznę od podstaw.
  – Jak masz na imię? – spytałem, zwracając wzrok na dziewczynę.
  – Zosia – wyszeptała tak cicho, że musiałem się pochylić, żeby cokolwiek zrozumieć.
  – Słodkie imię – zauważyłem, na co ona prychnęła.
 – Mówiłam ci, żebyś nie próbował tak usilnie mi się podlizywać, nie mam zamiaru się z tobą przespać – warknęła.
 – Najwyraźniej spotykałaś złych gości – mruknąłem. – Ile razy mam ci mówić, że nie mam najmniejszej chęci się z tobą przespać. Nie wszyscy faceci są tacy sami.
  Chyba.
  Zosia westchnęła, odgarniając włosy z twarzy i spytała:
  – Jeszcze jakieś pytania, Sherlocku?
  – Jasne, Watsonie. Co robiłaś w klubie dla pełnoletnich? I jak się tam dostałaś?
  Dziewczyna westchnęła, tak jakby samo odpowiadanie sprawiało jej kłopot.
  – Po prostu chciałam się napić. W sumie to piłam pierwszy raz w życiu. Ochroniarze wpuszczają mnie bez problemu, bo…. Jestem siostrzenicą właściciela.
  Nie mogłem się powstrzymać i zagwizdałem z podziwem. Chyba Zosia tego nie usłyszała, bo zagłuszył to przejeżdżający radiowóz.
  – A tak właściwie, to… czemu płakałaś? – spytałem, spoglądając na reakcję dziewczyny.
 – Mój wujek, właściciel tego lokalu… Lubi sobie popić. Zazwyczaj nic takiego się nie działo, tylko bełkotał i krzywo chodził. Ale dzisiaj… Przyszłam do ciotki na noc, bo ona jest dla mnie jak matka. Właściwie nawet lepiej, bo moja matka ma mnie w dupie. No i kiedy szłam spać, a ciotka już chrapała, przyszedł wuj. Był pijany, wszedł do mojego pokoju… wściekł się. Nie wiem dlaczego… I wtedy podszedł do mnie i… – dziewczyna zamilkła i podwinęła rękaw. Na jej przedramieniu znajdowało się parę czerwono – fioletowo - żółtych śladów. Nie wiem czemu, ale zawrzała we mnie krew. Chciałem udusić dziada własnymi rękami i wypatroszyć. Właściwie to czemu ja ją tak bronię? Przecież nic mnie z nią łączy. Nie wiem czemu w ogóle ją zagadałem.
  Podczas, kiedy ja prowadziłem wewnętrzny monolog na skalę rozmyślania nad wszechświatem, moja towarzyszka zaczęła płakać.
  – Hej – mruknąłem i złapałem ją za ramię. Ta najwyraźniej się wystraszyła i odrzuciła moją rękę, tak jakby była natrętnym komarem.
  A potem moje ciało postanowiło przestać mnie słuchać. Mój mózg zaparcie wołał: ,,Co ty robisz, kretynie?!”. Niestety, było już za późno.
  Przytuliłem Zosię w taki sposób, że nie mogła się ruszyć. Chwilę się szarpała, ale po minucie się poddała. Poczułem niewiarygodne ciepło od dziewczyny, tak jakby była grzejnikiem. Serce zaczęło mi bić tak gwałtownie, jakbym przebiegł maraton, a moja bluzka po chwili była przemoczona od łez Zosi. Siedzieliśmy tak jakieś pięć minut, kiedy moje ciało postanowiło dać mi z powrotem kontrolę, więc szybko się od niej odsunąłem.
  – Sorki – wydukałem. – Tak jakoś mi się wymsknęło…
  „Wymsknęło”. Dobre określenie.
  – Dziękuję. – Zosia po raz pierwszy szczerze się uśmiechnęła. Już nie płakała.
  – Nie ma sprawy – stwierdziłem, zdziwiony obrotem spraw.
 I tak to pamiętam. Nasze pierwsze spotkanie zdecydowanie odbiegało od standardowych. Na początku nie wiedziałem, co mnie do niej ciągnęło, co sprawiło, że codziennie przychodziłem do Niebieskiej Laguny. Ale teraz już wiedziałem, że pociągała mnie jej odmienność. To, że nie kochała mnie tylko za wygląd, ale za wnętrze.

środa, 22 lutego 2017

Young Detective, część 2

Do wrzucenia kolejnej części zmotywował mnie komentarz PojleRojle, za co serdecznie dziękuję :)
~
  – Dobra, dobra – mruknął, chcąc mnie udobruchać. – Na pewno jesteś głodny, no nie?
   Jeszcze trochę bocząc się na przyjaciela, bez słowa wyszedłem z pokoju w kierunku kuchni. Usłyszałem, jak za mną wyszedł. Im bliżej byłem kuchni, czułem coraz więcej zapachów. Jajecznica, smażone kiełbaski, chyba tosty francuskie… No, no.
  Kiedy wszedłem do pomieszczenia, matka Damiana lekko podskoczyła.
  – O, chłopaki, ale mnie nastraszyliście! – powiedziała, znów się lekko rumieniąc. Mogło mi się wydawać, ale chyba nałożyła dodatkową warstwę makijażu. Jakie to naiwne, pomyślałem.
 – Mamo, czy mi się wydaję, czy zrobiłaś jedzenia jak dla pułku wojska? – spytał Damian, lekko zaglądając matce za ramię.
 – Oj no bo pomyślałam, że będziecie głodni… - mówiła to bardziej do mnie, niż do syna.
 – To my może nakryjemy do stołu? – spytałem, starając się, by mój głos przybrał jak najbardziej miękką i uprzejmą barwę.
 – Gdybyście mogli… - mruknęła kobieta, odwracając się do patelni.
 Spojrzałem na Damiana, który tylko wzruszył ramionami, podchodząc do szafki i wyciągając z niej trzy zestawy sztućców. Rzucił mi jeden, a ja ustawiłem go na stole. Potem zrobiliśmy to samo z talerzami.
 Damian, nie chcąc przeszkadzać matce w malutkiej kuchni, usiadł przy stole. Zrobiłem to samo. Czułem się trochę jak na przesłuchaniu, tak jakby mój przyjaciel miał mi zaraz zadać niezliczoną ilość pytań, po czym oznajmił, że jestem winny. Potrząsnąłem głową, chcą pozbyć się myśli związanych w jakikolwiek sposób z prawem.
   – Gotowe! – oznajmiła kobieta po chwili, kładąc przed nami co najmniej kilkanaście półmisków. Znalazły się tam między innymi tosty francuskie, jajecznica z borowikami, kiełbaski ze smażoną cebulą, omlety, jajka gotowane i w koszulkach.
  – Pani Wachowska! Kiedy udało się pani to wszystko przygotować? – spytałem, spoglądając na moje ulubione potrawy.
  – To nic takiego… – wymamrotała, a kolor jej policzków był zbliżony do pomidorów, wyłożonych na jednym z półmisków.
  – Smacznego! – oznajmił Damian, któremu ślinka ciekła na sam widok takiej ilości jedzenia.
  Zacząłem od omletu, który był tak delikatny i puszysty, że prawie nieprawdziwy.
  Po zjedzeniu wszystkich potraw przygotowanych przez matkę Damiana, byłem tak najedzony, że najchętniej położyłbym się i nic nie robił. Nie było mi to jednak dane, ponieważ Damian przypomniał mi o czymś ważnym.
  – Michał, włączyłeś telefon? – spytał, sam przeglądając swój. Widząc moją minę, pośpiesznie dodał:
  – No wiesz, gdyby Zosia dzwoniła…
  I tu miał rację. Kto jak kto, ale ona bała się o mnie, kiedy nie odbierałem godzinę, a co dopiero cały dzień! Nieśpiesznie wróciłem do pokoju Damiana po mój telefon, rzucony niechlujnie na szafkę nocną. Przytrzymałem chwilę przycisk włączający komórkę, a po chwili na moim ekranie wyświetliła się prośba o wpisanie numeru pin. Chwilę później o mało nie dostałem zawału, przez ilość wiadomości i nieodebranych połączeń. Oprócz mojego ojca, dzwoniła również matka i Zosia. Czułem się źle szczególnie z uwagi na tą ostatnią. Niewiele myśląc do niej oddzwoniłem. Odebrała po pierwszym sygnale.
  – Michał? Musimy pogadać. Przyjdź do Niebieskiej Laguny.
  I się rozłączyła. Zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć. Byłem przerażony. Naprawdę bardzo rzadko chodziliśmy razem do tego pubu. W dodatku jej głos był bardzo słaby, niemal przez telefon wyczułem, jaka musi być w tej chwili blada. Chce ze mną zerwać. Albo gorzej, jest w ciąży. Każda z opcji, którą rozważałem wydawała się coraz bardziej przerażająca.
  Narzuciłem na siebie w pośpiechu kurtkę i kazałem Damianowi podziękować matce. Wybiegłem z domu przyjaciela i natychmiastowo skierowałem się na przystanek. Sprawdziłem rozkład, mój autobus miał przyjechać za dziesięć minut. Cholera…
  Z mojej głowy nie chciał wydostać się słaby głos mojej dziewczyny, która ewidentnie nie żartowała. Jeśli okaże się, że jest w ciąży, to rodzice mnie zabiją. Wypatroszą. Cokolwiek. Jeśli chce zerwać, stracę najlepszą dziewczynę w moim dotychczasowym życiu. I pewnie w całym.
  Kiedy tak rozmyślałem nad tym, co chce przekazać mi Zosia, okropnie  poobgryzałem sobie paznokcie. Kiedy po piętnastu minutach autobus w końcu przyjechał, wsiadłem do niego i nie zważając na zaciekawione miny pasażerek, usiadłem z tyłu.
  Niebieska Laguna była jednym z lepszych pubów w zachodniej części miasta. Było to eleganckie miejsce, nie mające nic wspólnego z wulgarnymi klubami ze striptizem. Często przychodzili tam biznesmani po dniu ciężkiej roboty, tylko po to, by zanurzyć się w szklaneczce whiskey. Nie raz widziałem tam kobiety, poszukujące mężczyzn swojego życia (które zresztą często mnie zaczepiały). Ale dla mnie i dla Zosi ten pub miał wyjątkowe znaczenie, ponieważ to właśnie tam się poznaliśmy. Przypomniałem sobie nasze pierwsze spotkanie, chcąc znaleźć przyczynę nagłego wezwania dziewczyny.
  Byłem już znudzony tym, że każda kobieta przygląda mi się łapczywym wzrokiem. I ona była inna, nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem, niezwykle kontrastowała z otoczeniem, ubrana była w czerwony, świąteczny sweter i sprane dżinsy, podczas gdy reszta lokalu wystrojona była w garnitury, bądź wieczorowe sukienki. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że jest niepełnoletnia. Zaczęło mnie zastanawiać to, jak się tu dostała. Może dała łapówkę ochroniarzowi? Może wmieszała się w tłum i przeszła niepostrzeżenie? To były tylko nieliczne z opcji, które rozważałem.
  Sam byłem niepełnoletni, ale czekałem zawsze na jakąś kobietę, najlepiej dobrze po czterdziestce i zaczynałem swoją gierkę. Uśmiechałem się i ją kokietowałem. Wtedy zazwyczaj rzucała ochroniarzowi luźne „On jest ze mną” i bez problemu wchodziłem. A potem oznajmiałem, że muszę skorzystać z toalety i już nie wracałem. Podchodziłem do baru i zagadywałem co ładniejsze kobiety.
  Jednak dziewczyna siedząca przy barze, zasłaniała twarz czarnymi, długimi włosami. Chciałem zacząć swoją gierkę i podejść do niej, kokieteryjnie się uśmiechnąć. Podszedłem do baru i zamówiłem drinka. Zignorowała mnie. Postanowiłem nieco zmienić taktykę.
  – Cześć. – Łał, ale ze mnie mistrz podrywu, nie ma co.
  Nadal mnie ignorowała. Zaparcie wpatrywała się w swoją szklankę. Może jest głucha…?  Pomachałem jej przed twarzą, ale szybko zabrałem rękę. Potraktowałem ją jak idiotkę. A w sumie kto wie, może jest idiotką?

wtorek, 13 września 2016

Young Detective, Część 1

Hej! Jeśli to widzisz, daj znać, naprawdę bardzo mi na tym zależy. Wrzucam kolejne opo, tym razem kryminał. Dałam angielski tytuł, bo to brzmi tak super profeszjonal. Okej, mam nadzieję, że się Wam spodoba. A, wrzucę kolejną część, jeśli zobaczę, że ktoś to czyta. Serio, mam wrażenie, że nikt tego nie czyta :( Dajcie znać, jeśli przeczytacie, byłoby mi miło.
~
Ojciec wydzwaniał się do mnie od dobrych dwudziestu minut. Spoglądałem nieco zdenerwowanym wzrokiem na wyświetlacz, który na złość nie chciał przestać świecić.
 – Michał, odbierz ten cholerny telefon... – mruknął Damian, przewracając się na drugi bok. Najwyraźniej go obudziłem.
 Zignorowałem go i wciąż przyglądałem się migającemu wyświetlaczowi. Czemu ojciec jest tak zdesperowany?
 – Michał! – zawołał nieco głośniej mój przyjaciel, siadając na łóżku. – Albo mi powiesz, co jest grane, albo wyrzucę tego twojego Iphonika za okno!
 Spojrzałem na niego wzrokiem zbitego psa. Czy on naprawdę musi się wtrącać?
 Westchnąłem i spojrzałem za okno.
 – Okej, okej... - mruknąłem niezbyt entuzjastycznym tonem. – Wiesz, że ojciec ma obsesję na punkcie prawa... Zresztą to właśnie dlatego został gliną. Matka jest prywatnym detektywem, więc i ze mnie mają zamiar zrobić detektywa. Przez to, że zawsze, gdy oglądaliśmy kryminał odgadywałem zabójcę w pierwszych minutach filmu, wmówili sobie, że mam dar.
 Kiedy skończyłem w pokoju nastała cisza, przerywana jedynie brzęczeniem komara, fruwającego koło mojego ucha.
 – No i jak to się ma do tego, że przyszedłeś do mnie o pierwszej w nocy i zażądałeś przenocowania cię?
 – Powiedzmy, że... Nadwyrężyłem zaufanie ojca. Poszedłem na imprezę i wiesz jak to bywa... Nieźle się upiliśmy i zdemolowaliśmy park niedaleko klubu. No i kiedy wróciłem ojciec już oczywiście wszystko wiedział, jak to prawdziwy gliniarz. I spodziewałem się najgorszego - wywali mnie z domu, wydziedziczy, cokolwiek. Ale on... Zlekceważył to. Machnął na to ręką, stwierdzając, że tylko raz się jest młodym, zdarza się. Wyobrażasz sobie? Mój stary glina, macha sobie ręką na to, że jego własny, kochany syn rozwalił połowę parku. No i zresztą bardzo dobrze, kiedy się wkurza, to nie jest dobrze. Za to szybko wyjaśniło się, czemu był taki pobłażliwy. Umarła jakaś super bliska przyjaciółka rodziców. No i oni, jak to oni, wmówili sobie, że to nie była zwykła śmierć, ale jako że są niezwykle emocjonalnie związani z tą kobietą, to nie chcieli zajmować się jej zabójstwem. Ja jej kompletnie nie znałem, nawet nie wiem kim ona jest. Więc generalnie to mi ona wisi. Ale moi starsi oczywiście musieli coś odwalić i stwierdzili, że mógłbym zająć się tą sprawą.
 Spojrzałem na przejeżdżający za oknem samochód, który rozświetlał ulice nikłym światłem, wydobywającym się z reflektorów. Trwało to zaledwie chwilę, zanim Damian spytał:
  – I...? Nadal nie rozumiem jaki to ma związek z tym, że... – zaczął dość zmęczonym tonem. Najwyraźniej chciałby jak najszybciej zakończyć tą rozmowę i pójść spać.
  – To wszystko – przerwałem mu. - Po prostu nie mam zamiaru rozwiązywać żadnej sprawy. Czuję, że moi starsi chcą żeby od tego zaczęła się moja kariera detektywa... Ale ja jestem młody, nie chcę póki co niczego zmieniać. Wiesz... Zacznie się praca, odpowiedzialność, nie chcę tego.
  – Przesadzasz – mruknął Damian, który się lekko uśmiechnął, najwyraźniej zadowolony z tego, że będzie mógł zasnąć.
Zmarszczyłem lekko czoło. Chciałem coś jeszcze dopowiedzieć, ale przerwał mi Linkin Park. A właściwie, to piosenka tego zespołu, którą miałem na dzwonku.
 – Walę to – mruknąłem, z wściekłością wyłączając telefon i kładąc się na przygotowanym na szybko posłaniu.
  – Branoc – mruknąłem jeszcze do Damiana, a ten odpowiedział mi chrapnięciem.
***
 Następnego dnia obudziło mnie głośne nawoływanie matki Damiana.
 – Te, już trzynasta! Wstawać! – darła się, jakby się paliło.
 Otworzyłem posklejane powieki, pod które zaczęły wdzierać się pojedyncze promienie słoneczne. Początkowo zastanawiałem się, dlaczego kobieta jest taka wściekła, zazwyczaj przecież była niezwykle miła i spokojna, ale po chwili zrozumiałem, że przyszedłem tutaj o pierwszej w nocy, budząc wszystkich domowników. Ups.
 Damian ziewnął soczyście i założył swoje nerdowskie okularki na nos.
 – Dobryyy – mruknął, leniwie prostując nogi.
 – Bry – mruknąłem.
 Chłopak chciał chyba o coś spytać, ale do pokoju wparowała jego matka. Widać, że chciała znowu odpalić tryb alarmowy, ale ją wyprzedziłem i oznajmiłem:
 – Przepraszam panią za najście tak późno, ale to była naprawdę kryzysowa sytuacja.
 Kobieta, która najwyraźniej nie umiała się długo złościć, złagodziła wyraz twarzy i chyba nawet się lekko uśmiechnęła.
 – Nic się nie stało, kochany… - zaczęła, ewidentnie lekko się rumieniąc.
 – Mamo! – warknął Damian, zawstydzony zachowaniem matki.
 Posłałem jej jeszcze jeden z moich bardziej czarujących uśmiechów. Kobieta zarumieniła się jeszcze bardziej i wymamrotała:
 – Na pewno jesteście głodni. Zrobię wam śniadanie…
 Po tym stwierdzeniu pospiesznie wyszła z pomieszczenia, potykając się lekko o próg.
  – Nie wierzę, że potrafisz omamić tak każdą kobietę… - mruknął Damian, zakładając bardzo pasującą do niego koszulkę z nadrukiem: „I’m jedi. Problem?”. – Gdybym to był ja, to by mi się nieźle dostało…
 To prawda. Miałem urodę, charyzmę i spryt. Wiele kobiet, niezależnie w jakim wieku, często oglądało się za mną na ulicy, nieraz szepcząc coś do swoich towarzyszek. Uwielbiałem podziw ze strony kobiet. Mimo tego, że miałem dziewczynę, często uśmiechałem się do co ładniejszej. Było to również niezwykle przydatne do zdobywania swoich celów, na przykład potrafiłem omamić sprzedawczynię, która oszołomiona moją urodą, nie zwracała uwagi na to, że jestem niepełnoletni i sprzedawała mi alkohol lub fajki.
  – Nigdy nie zrozumiem, czemu tak jarasz się Gwiezdnymi Wojnami – mruknąłem, chcąc zmienić temat.
  – Bo tacy jak ty nigdy nie zrozumieją – mruknął, śmiejąc się, tak jakbym opowiedział niezwykle śmieszny kawał.
  – Tacy jak ja – mruknąłem, udając obrażonego.
 Damian założył spodnie i nagle spoważniał. Miałem wrażenie, że właśnie sobie przypomniał o śmierci któregoś z bohaterów i zaraz zacznie mnie obwiniać, że mu o tym przypomniałem. Ale, to co powiedział, kompletnie zbiło mnie z tropu.
  – Co z tym morderstwem? Zajmiesz się tym? – spytał, patrząc mi w oczy.
 Zdenerwował mnie tym pytaniem. Myślałem, że przynajmniej on, mój najlepszy przyjaciel to zrozumie i po prostu ominie temat. Ale nie, musiał z tym tak nagle wyskoczyć.
 – Nie wiem – warknąłem nieprzyjaźnie. – Na pewno nie, jeśli będzie się na mnie tak naskakiwać.